Pod pomnikiem Piłsudskiego krzyż ułożony ze zniczy. Większość jeszcze się pali. Złożone wczoraj, z "wielką pompą" jak co miesiąc, z odśpiewanym hymnem i religijnymi pieśniami. Flagi, lamenty, celebracja wiecznej udręki. Tym razem bez pijaczka ogłaszającego się Mordercą Świata. Za to z pięciolatkiem uparcie tłumaczącym mamie, że nie lubi słowa "pupa" bo chłopcy mówią "tyłek".
Co ma pomnik Piłsudskiego do katastrofy Smoleńskiej? Nie wiem. Domniemam po prostu, że jest to jedyne miejsce w Lublinie, gdzie można taką imprezę zorganizować.
Nasuwa mi się tylko pytanie, czy Ci wszyscy zrozpaczeni utratą prezydenta, którzy 10ego każdego miesiąca odstawiają tę szopkę, tak samo często bywają na cmentarzach u swoich bliskich. Śmiem wątpić.
Grzeję się przy koksowniku, jak za starych czasów PRLu i brakuje mi tylko kiełbaski do tego ogniska. Podjeżdża autobus, wsiadam. Rzuca mi się w oczy reklama. "Weź udział w konkursie na najbardziej zakochaną parę". To tak, jakby rozstrzygać, czy można kochać bardziej lub mniej. Bezsens. Miłość jest miłością. Zakochanie zakochaniem. Rywalizacja o to, która para kocha się bardziej jest poniżej mojego wyobrażenia. Ale może to tylko moja wyobraźnia nie jest tak plastyczna...
W uszach brzmią mi słowa koleżanki o "najbardziej zajebistym pogrzebie na jakim była". Może już minęła era płakania po bliskich zmarłych...